Nigdy wcześniej nie widziano tylu Gryfów naraz w jednym miejscu — na sztandarach, na wagonach, na maszcie przed dworcem, na piersiach uczestników. Symbol, który sześćset lat temu władał całym Pomorzem, tego dnia otaczał ze wszystkich stron.
Zaczęło się od pociągu — TransCassubia wjechała do Gdyni Głównej z gryfem na banerze, a chwilę później na sąsiednim torze błysnął ten sam znak na boku wagonu.

Przed dworcem tłum gęstniał, a wysoko nad głowami, na maszcie, patrzył złoty gryf — ten sam, co sześć wieków temu.

Potem ruszył przemarsz. Sztandar za sztandarem, każdy z innej organizacji, z innego miasta — a na każdym ten sam symbol, w innym kolorze, innym stylu, ale zawsze rozpoznawalny.


Diabelskie skrzypce niesione przez tłum, gotowe na popołudniowy występ.


I na końcu — sztandar aż ze Szczecina, z czerwonym gryfem, jakby na dowód, że ten znak łączy całe Pomorze, nie tylko Kaszuby.

Dla kogoś, kto po raz pierwszy zobaczył ten znak pomnożony przez setki flag i sztandarów — to było więcej niż widok. To było poczucie, że coś, co dotąd znało się z heraldyki i z DNA, nagle stało się żywe i wspólne.
Bo o gryfie i jego korzeniach — sięgających znacznie głębiej niż XX wiek — będzie jeszcze niejedna opowieść.
CDN. A jakie symbole Zjazdu zapadły Wam w pamięć najbardziej?


