Kenkarta z literą „G”. Jak Podhale zapisano w dokumentach okupanta

Koncepcja Goralenvolku nie narodziła się w podhalańskich wsiach, tylko w niemieckich gabinetach. Była od początku ideą stricte niemiecką, której osią stanowiła chęć wciągnięcia polskich górali do współpracy z okupantem. Uzasadnienie miało charakter rasowy: według niemieckich teorii ludność góralska miała pochodzić od Gotów, których jedno z plemion zapuściło się rzekomo w teren Podhala. Bezpośrednimi organizatorami akcji byli dwaj mieszkańcy Zakopanego — reichsdeutsch Witalis Wieder i volksdeutsch Henryk Szatkowski, a funkcję niemieckiej marionetki powierzono Wacławowi Krzeptowskiemu, przedwojennemu działaczowi Związku Górali i Stronnictwa Ludowego. Już 7 listopada 1939 roku Krzeptowski w asyście kilku innych górali złożył na Wawelu hołd generalnemu gubernatorowi Hansowi Frankowi.

Dla badaczy rodzinnych historii kluczowe są dwa konkretne ślady dokumentowe, których nie należy mylić z volkslistą znaną ze Śląska. Pierwszy to kenkarta z literą „G”, potwierdzająca przynależność do „ludu góralskiego” — dokument chroniący przed wywózką na roboty do Niemiec i innymi represjami; rozdano ich blisko trzydzieści tysięcy. Drugi to spis ludności przeprowadzony w czerwcu 1940 roku w powiecie nowotarskim. Uczestnicy mogli wskazać, obok narodowości polskiej, niemieckiej czy ukraińskiej, również opcję góralską — wybrało ją około osiemnastu procent ludności, reszta zadeklarowała polskość. Zdarzały się miejscowości, gdzie za narodowością góralską opowiadało się ponad dziewięćdziesiąt procent pytanych, jak w Szczawnicy.

Te liczby są dla genealoga ważniejsze niż jakakolwiek dzisiejsza publicystyka, bo pokazują, że nie da się tu poprowadzić prostej linii podziału. Niemiecka propaganda podkreślała, że pobranie karty „G” poprawia sytuację żywnościową, więc sięgała po nią czasem nie do końca świadoma znaczenia tego kroku biedota góralska. W wielu wsiach ludzie nie zdawali sobie sprawy, że przyznanie się do góralskości oznacza w oczach władz niemieckich wyparcie się polskości — brano taką kartę, jaką proponował urzędnik albo jaką wziął wójt czy sołtys. Inaczej wyglądała sprawa tych, którzy akcję organizowali i czerpali z niej korzyści. Komitet Góralski powołał między innymi Góralski Związek Sportowy, którego zawodnicy rozgrywali mecze z drużynami niemieckiej żandarmerii, straży celno-granicznej, wojska, a nawet Gestapo — podczas gdy zwykli Polacy uprawiać sportu nie mogli. Rachunek wystawiono po wojnie: 22 listopada 1946 roku w Zakopanem ogłoszono wyroki na działaczy Komitetu Góralskiego, a sam Krzeptowski nie doczekał procesu — zginął przez powieszenie w styczniu 1945 roku, skazany za zdradę.

Najciekawszy z genealogicznego punktu widzenia jest jednak przypadek autora najbardziej znanej książki o tej sprawie. Wojciech Szatkowski, autor pracy „Goralenvolk. Historia zdrady”, jest wnukiem jednego z przywódców tej akcji. Trudno o lepszą ilustrację tego, czym bywa uczciwe badanie własnego drzewa: nie poszukiwaniem herbu i chwalebnych przodków, lecz gotowością opisania tego, co znalazło się w aktach, także wtedy gdy zapis dotyczy kogoś bliskiego. Archiwa nie mają w tej sprawie ambicji politycznych — mają kartoteki, protokoły i podpisy. Wszystko, co próbuje dziś zamieniać w tej historii miejscami ofiary i kolaborantów, rozbija się o ten sam zestaw dokumentów, po które wystarczy sięgnąć.

Trafiliście kiedyś w rodzinnych papierach na kenkartę z literą „G” albo na ślad deklaracji narodowościowej ze spisu z 1940 roku — i czy udało się ustalić, co za tym wyborem wtedy stało?

CDN…

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

Przewijanie do góry