Pod kościołem zamkowym w Malborku jest kaplica św. Anny. Krypta grobowa wielkich mistrzów zakonu krzyżackiego. Pierwszym, który tu spoczął, był Dietrich von Altenburg — ten sam, który tę kaplicę dokończył i kazał pod nią urządzić mauzoleum. „Von Altenburg” nie było wtedy nazwiskiem w dzisiejszym sensie — to wskazanie rodu i zamku, z którego pochodził, jako syn burgrabiego Altenburga. Zmarł w 1341 roku w Toruniu, dokąd przyjechał podpisywać układ z Polską. Jego płyta nagrobna leży tam do dziś.
W oknie kaplicy świeci witraż. Pośrodku święty Jerzy walczy ze smokiem, niżej, w dwóch łukach, dwie tarcze herbowe z podpisami. Po lewej: „Luder v. Brunswig” — Luther von Braunschweig, osiemnasty wielki mistrz, poprzednik Altenburga. Po prawej, jako para: „Dietrich v. Oldenburg”.

Nie było żadnego Dietricha von Oldenburg. W całym poczcie wielkich mistrzów — od Palestyny, przez Wenecję, po Malbork — nikt taki nie występuje. Jest natomiast Dietrich von Altenburg, ten, który po Lutherze objął urząd i który leży kilka kroków niżej, pod posadzką. Nazwiska brzmią podobnie. Alten, Olden. Jedna litera.
Obok błędnego nazwiska jest herb: złoto-czerwone pasy. To Balkenschild, znak dynastii Oldenburgów, rodu, z którego wyjdą królowie Danii i carowie Rosji, i który z zakonem krzyżackim nie miał nic wspólnego. Nazwisko pociągnęło za sobą herb — pomyłka spójna wewnętrznie, konsekwentna, wykonana starannie i w kosztownym materiale.
A jak wyglądał herb prawdziwy? Zachował się w herbarzach. Tarcza czterodzielna: w polach pierwszym i czwartym krzyż zakonny z nałożonym krzyżem lilijnym i orłem Rzeszy — to znak urzędu, wspólny wszystkim mistrzom. W polach drugim i trzecim — róża. Czerwona róża burgrabiów Altenburga, znak jego rodu.
I tu warto się zatrzymać, bo o różę chodzi bardziej, niż się na pierwszy rzut oka wydaje.
Dietrich von Altenburg zmienił regułę zakonną. Wśród wprowadzonych przez niego przepisów był zakaz noszenia przez braci osobistych herbów i używania osobistych pieczęci — z powodów skromności i prostoty. Brat wstępujący do zakonu zostawiał ród za bramą. Bez herbu, bez pieczęci, bez nazwiska, które by cokolwiek znaczyło. Miał być niczyj.
Wyjątkiem był urząd. Mistrz miał tarczę i miał na niej, obok znaku zakonu, swój rodowy znak. Człowiek, który odebrał rodowe herby wszystkim braciom, zachował własny — bo urząd mu na to pozwalał. Ta róża w polach drugim i trzecim to jedyne miejsce w całym zakonie, gdzie Altenburgowi wolno było być kimś stąd, a nie znikąd.
Był ostatnim ze swojego rodu. Brat Albrecht zmarł w 1329 roku bez męskiego potomka i na Dietrichu burgrabiowie Altenburga się skończyli. Róża nie miała już kogo oznaczać poza nim.
I dokładnie tę różę zamieniono mu na cudze pasy.
Można by to złożyć na karb jednego roztargnionego rzemieślnika z czasów pruskiej odbudowy zamku. Tyle że pasy przypisywano Altenburgowi nie tylko w Malborku i nie tylko w dziewiętnastym wieku. Ta sama złoto-czerwona tarcza wisi przy jego nazwisku na tablicy herbowej wielkich mistrzów w Lengmoos w Tyrolu, przepisana ze starego rękopisu, a heraldycy komentują ją krótko: rzekomo dla Altenburga, niewiarygodne. Berliner Wappenbuch, źródło uznawane za bardziej wiarygodne, podaje różę. Ktoś więc pomylił się wcześniej, dużo wcześniej, a Malbork tylko odziedziczył pomyłkę i wykonał ją w szkle.
Do tego w tym samym zamku, na jednej z bram, wisi kamienna płaskorzeźba z 1913 roku — również upamiętniająca Altenburga. Według ustaleń badacza z tamtejszego muzeum umieszczony na niej herb skopiowano, w lustrzanym odbiciu, z herbu piastowskich książąt oleśnickich. Znowu cudzy. Znowu przypisany temu samemu człowiekowi. Inna technika, inne pokolenie wykonawców, ten sam skutek.
Herby nie kłamią. Kłamią ci, którzy je przepisują — a potem ci, którzy przepisują po nich, i tak przez sześć stuleci, bo komu chciałoby się sprawdzać. Ta sama tarcza z pasami wisi dziś nawet w otwartej bazie internetowej pod jego nazwiskiem, wgrana kilka lat temu, skąd czerpią wyszukiwarki. Błąd się nie starzeje. Powiela się dalej, tylko szybciej.
W kaplicy, którą sam dokończył i w której jako pierwszy został pochowany, człowiek ten jest podpisany cudzym rodem i cudzym herbem. Nad bramą — herbem dynastii, którą zakon zwalczał. Zakon, który kazał braciom zapomnieć, z jakiego są rodu, zapomniał, z jakiego rodu był jego własny fundator.
Trafiło się komuś z Was znaleźć w rodzinnym kościele czy na cmentarzu herb, który przy sprawdzeniu okazał się nie tym, co głosi podpis — i czy dało się jeszcze ustalić, skąd pomyłka weszła do obiegu?
CDN…


